Gdy tylko zobaczyłam tę koszulę na wieszaku w sklepie zrozumiałam, że mój powrót do lat 90ych jest nieunikniony. A właściwie do pierwszej połowy tej dekady. Nie wiem czy 'powrót' jest tu dobrym określeniem, gdyż na początku lat 90ych byłam berbeciem i moje dbanie o wygląd ograniczało się do uważania, by nie oblać sobie ślicznej sukienki zupą czy innym soczkiem. :) Niemniej jednak, gdy zobaczyłam tę koszulę wyobraziłam sobie siebie siedzącą podczas deszczowej nocy w zadymionym pubie gdzieś na przedmieściach Seattle, wsłuchującą się w głos Layne'a Staley'a. I to wystarczyło, by po 5 minutach koszula stała się moją własnością. W ogóle jest ona jednym z najbardziej inspirujących elementów mojej garderoby...
Co do reszty stroju. Śliczna, mała (ale nie za mała) torebka od Debenhams, zakupiona w pobliskim SH. Jest idealna. Może nie zmieszczę w niej teczki A4, ale wszystko odrobinę mniejsze- owszem. Jest cholernie praktyczna, ma miliony kieszeni, a nawet wszyte lusterko! Cud, miód. :)
Ach, i oczywiście buty. Wiem, że niedawno pojawiły się w H&M i są tak cudne, że już połowa Polski w nich chodzi, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Uważam, że są po prostu cudowne!

